Magicbog

Fotografia, bagno, natura, ptaki, macro cosmos, ważki, polne kwiaty, las, grzybki, photography, bioart, strange art, dark art, birdwatching, nature & music, wildlife, dragonfly, bog, forest, magic mushrooms, wild flowers by sylwiaiwan.com

W niedzielnej Uwadze (TVN) przedstawiono sylwetkę aktora –  Jerzego Nasierowskiego. Program przykuł moją uwagę, bo gdzieś już mignęło mi to nazwisko i niekoniecznie chodziło o kunszt aktorski… Sprawa dotyczyła „Wampira z Zagłębia”.

Jerzy Nasierowski

„Sprawa Jerzego Nasierowskiego, która zakończyła się niecały rok wcześniej, była jedną z najgłośniejszych w latach siedemdziesiątych. Popularny aktor wraz z młodocianym kochankiem, wykorzystując rozległe kontakty towarzyskie, rabował mieszkania znajomych i przyjaciół. Złodziejski duet doskonale się przy tym bawił. Nasierowski odwiedzał obrabowanych i współczuł serdecznie, słuchając o nieszczęściu, jakie ich spotkało. Zabawa trwałaby zapewne jeszcze długo, gdyby nie partner Nasierowskiego. Zachęcony sukcesami, dokonał skoku na własną rękę. Plan napadu okazał się kiepski, a wykonanie jeszcze gorsze. W efekcie pobita i związana staruszka zmarła. Gdy chłopak trafił do więzienia, wydał kompana i opowiedział o jego gangsterskich wyczynach. O procesie aktora rozpisywały się wszystkie gazety i zapewne dlatego na jego wspomnienie publiczność zareagowała salwą śmiechu…” – pisze Przemysław Semczuk w swojej książce „Wampir z Zagłębia”.

„Publiczność” – to ludzie którzy uczestniczyli w procesie publicznym Wampira, znanego jako Zdzisław Marchwicki. Nazwisko Nasierowskiego wypłynęło przy składaniu wyjaśnień przez Józefa Klimczaka, ponoć najważniejszego świadka, bo jako jedyny nie będący członkiem rodziny Marchwickich wyłamał się ze zmowy milczenia…

„Gdy Klimczak obciąża Jana Marchwickiego, brata wampira mówiąc, że był organizatorem i główną sprężyną morderstwa Jadwigi Kuci, sędzia musi przerwać rozprawę. Mdleje Zdzisław Flak (szwagier wampira i Jana). Nim wyniosą go z sali, Jan zdąży wykrzyczeć w stronę Klimczaka: Podziękują ci jak kochankowi Nasierowskiego, on dostał dziesięć lat!”

Wampir z Zagłębia

Ale nie o Nasierowskiego chodzi w reportażu Semczuka a o Zdzisława Marchwickiego Wampira z Zagłębia – a raczej cały ówczesny system. Wiemy, że na Marchwickich (bo skazano również braci) wykonano wyroki, jednak miejsce pochówku nie jest do końca znane. Nie było też wzmianki o wykonaniu wyroku, które powinno pojawić się w „Trybunie Robotniczej”, „Wieczorze” czy innym tygodniku ukazującym się na Śląsku.Jakby nie chciano, żeby pracownicy cmentarza skojarzyli fakty. Tylko dlaczego władze za wszelką cenę chciały wymazać pamięć o Marchwickich, skoro zaledwie trzy lata wcześniej czyniły wszystko, aby dowiedziała się o nich cała Polska? – pyta autor.

Na Cmentarzu w Katowicach Panewnikach sąsiadującym z klasztorem Franciszkanów i seminarium duchownym znajdują się groby NN – tak zapisywano groby niezidentyfikowanych. Nikt nie ma pojęcia gdzie znajduje się kwatera XXXII (Wampira), prawdopodobnie została zlikwidowana na początku lat dziewięćdziesiątych… Nie zachowały się żadne plany. Prawdopodobnie chodzi o działkę gospodarczą, na której obecnie stoją kontenery na śmieci. Albo kwaterę wzdłuż ogrodzenia. Jeszcze na początku XX wieku pod płotem, a właściwie za nim, chowano samobójców i morderców, bo nie byli godni spocząć w poświęconej ziemi.

Są protokoły wykonania wyroku. „Obecni: prokurator Zenon Kopiński, kapitan Janusz Witkowski, wikariusz major Bolesław Spychała oraz naczelnik aresztu podpułkownik Mieczysław Zmysłowski – pułkownik Jerzy Gruba – osobiście doglądał egzekucji, ale w protokole nie ma jego podpisu. Z adnotacji wiadomo, że Jan poprosił o modlitwę i powiedział, że wybacza wszystkim. Wyrok na Zdzisławie (Wampirze) wykonano 26 kwietnia 1977 roku o godzinie 19:06. Jego brat Jan zakończył życie pół godziny później…” Ale czy Zdzisław Marchwicki był naprawdę Wampirem? Tak samo jak autor –  mam mieszane uczucia.

Sprawa Wampira obejmowała 141 tomów akt liczących przeszło 50 000 stron oraz setek dodatkowych dokumentów i dowodów rzeczowych, taśm magnetofonowych, filmowych, zdjęć, szkiców… Sprawa została przydzielona sędziemu Władysławowi Ochmanowi do „możliwie szybkiego rozpoznania, by choć częściowo rozładować napiętą atmosferę na terenie Zagłębia”.

„ANNA”

Sprawa zaczęła się od morderstwa Anny Mycek, 7 listopada 1964 roku, przy nasypie kolejowym w Dąbrówce Małej znaleziono jej zwłoki. Oskarżono męża ale po pół roku uznano, że jest niewinny. W marcu 1965 r. zamordowano Lidię Nowacką. Po dwóch miesiącach nieznany mężczyzna zaatakował w Grodźcu Irenę Szymańską. Kobieta przeżyła ale jej stan był ciężki.W lipcu 1965 roku, w Sosnowcu policja zaczęła zauważać podobieństwa w popełnianych morderstwach – skojarzyła, że sposób pozbawiania życia był we wszystkich przypadkach identyczny. Powołano specjalną grupę operacyjną pod kryptonimem „Zagłębie”, dwa lata później jej nazwę zmieniono na „Anna”, od imienia pierwszej ofiary. Brutalne zbrodnie i bezsilność milicji wywołały narastający strach. Kobiety bały się same wracać do domów, organizowano dla nich specjalną komunikację…

W ciągu kilku lat w sprawę zaangażowano niemal 10% ogólnego stanu służb mundurowych. Bywały dni, że nad sprawą pracowało ponad tysiąc osób, w chwili szczególnego zagrożenia padł rekord: trzy tysiące milicjantów, ormowców i żołnierzy patrolowało ulice Będzina, Czeladzi, Siemianowic i kilku innych miast Górnego Śląska…

Zwracano się o pomoc mieszkańców. W gazetach publikowano szczegóły makabrycznych zbrodni w nadziei, że naprowadzą na ślad mordercy. Za pomoc wyznaczono nawet nagrodę – milion złotych – pięćsetkrotność średniej pensji w tamtym czasie. O pomoc poproszono naukowców, krajowych i zagranicznych; psychiatrów, psychologów, kryminologów itp.

Portret psychologiczny

To oni stworzyli portret psychologiczny sprawcy. Zawierał 485 cech fizycznych i psychicznych charakteryzujących mordercę. Później sporządzili ankietę. Wystarczyło tylko dopasować właściwego mężczyznę. Już na wstępie wykluczyli 95% z nich…, stworzono kartotekę, do której wpisano cechy zachowań i cechy psychiczne. Później dane te przeniesiono na karty perforowane, które trafiły do komputera. Wskazał on 180 nazwisk. Wśród nich najwięcej cech zgodnych z profilem sprawcy – aż 75 – ma Zdzisław Marchwicki, syn Józefa, urodzony 18 października 1927 roku w Dąbrowie Górniczej. Aresztowano go 6 stycznia 1972 roku…

Sprawa zaczęła być”polityczna” gdy wśród zamordowanych pojawiły się nazwiska Gomółka – (zabójstwo Marii Gomółki z 15 czerwca 1966 roku w Sosnowcu), nikt w rozmowach „kolejkowych” nie uwzględniał pisowni Gomułka- Gomółka.Wszyscy kojarzyli nazwisko z kim trzeba. Jednak kluczową postacią w życiu Marchwickiego była zamordowana w Sosnowcu krewna pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach – Jolanta Gierek…

Jolanta Gierek

„Krótko po aresztowaniu Marchwickiego do komendanta wojewódzkiego dzwoni telefon. To Edward Gierek – pyta, czy złapali Wampira. Komendant nie ma pewności, podejrzanemu dopiero przedstawiono zarzut i się nie przyznał.

– To jest czy nie jest? – słyszy w słuchawce podniesiony głos.

Pada twierdząca odpowiedź. Od tej chwili Zdzisław Marchwicki musi być Wampirem…”

Od teraz nad życiem Marchwickiego zaciągnęły się czarne chmury. Zażądano jawnego procesu choć w pierwszym zeznaniu oskarżony nie przyznaje się do winy. Sprawa nabiera rozmachu. Chociaż ludzie „na mieście” plotkują, że prawdziwy Wampir już nie żyje. Popełnił samobójstwo.

„W 1974 roku, podczas konferencji prasowej, poinformowano, że Zdzisław Marchwicki przyznał się do winy, gdyż został przygnieciony dowodami”. Wśród nich miały być zeznania Henryka i Jana Marchwickich, a także Józefa Klimczaka. Wszyscy pogrążyli Zdzisława. Tyle że Jan Marchwicki został aresztowany dopiero 23 maja 1972 roku, Henryk – następnego dnia, obaj już po tym jak Zdzisław przyznał się do morderstw...”

Zdzisław Marchwicki – „Wampir”

14 września 1974 roku w „Trybunie Robotniczej” ukazał się tekst Tadeusza Wielgolawskiego zatytułowany Proces wampira. Wielgolawski zapowiadał to, na co jego zdaniem czekali mieszkańcy Śląska i Zagłębia. Morderca kobiet, który przez kilka lat terroryzował społeczeństwo, wreszcie zasiądzie na ławie oskarżonych. Zdzisław Marchwicki był, z jednej strony, cieszącym się dobrą opinią pracownikiem kopalni „Siemianowice”, chodzącym w koronie cierniowej, pokrzywdzonym przez los, porzuconym przez żonę i walczącym z przeciwnościami losu. Druga, ukryta twarz przedstawiała alkoholika, sadystę znęcającego się nad żoną i dziećmi, stojącego przed zarzutem pozbawienia życia czternastu kobiet i „nie z własnej winy” nieudanych zamachów na życie sześciu dalszych. Słowa Wielgolawskiego nie pozostawiały wątpliwości, kim był Zdzisław Marchwicki […] Wyglądało na to, że Wieloglawski w tamtym czasie miał monopol na pisanie na temat Wampira i całej jego rodziny.

Artykuł zamieszczony w „Trybunie Robotniczej” został poparty cytatami z aktu oskarżenia. Tego, który dopiero cztery dni później prokuratorzy Józef Gurgul i Zenon Kopiński mieli odczytać na sali rozpraw. Wielgolawski lapidarnie streścił 239 stron dokumentu. Cytując nazwał Zdzisława Marchwickiego zbrodniarzem, a stwierdzenie to poparł opisem wieloletniego pościgu. Podkreślał przy tym zasługi milicji i jej wyższość nad zachodnimi służbami policyjnymi […]

Wyniki badań na wykrywaczu kłamstw powodują, że 14 lutego 1972 roku Zdzisław Marchwicki słyszy kolejne zarzuty.

[…] Leszek Polański, Wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Katowicach, mając na uwadze dalsze wyniki śledztwa w sprawie przeciwko Zdzisławowi Marchwickiemu podejrzanemu o przestępstwo z art. 225 § 1 kk. z 1932 r. na zasadzie art 270 k.p.l., postanowił uzupełnić postanowienie o przedstawieniu zarzutów z dnia 6 stycznia 1972 r. Zdzisławowi Marchwickiemu i przedstawić temu podejrzanemu zarzut, że:

W czasie od 17 marca 1965 r. do 4 marca 1970 r. na terenie powiatu będzińskigo oraz miasta Sosnowiec i Siemianowic działając z pobudek seksualnych w zamiarze pozbawienia życia Lidii Nowackiej, Ireny Szymańskiej, Jadwigi Zygmunt, Eleonory Gąsiorowskiej, Zofii Wiśniewskiej, Marii Błaszczyk, Genowefy Łebek, Teresy Toszy, Alicji Dubiel, Ireny Szrek, Stanisławy Samul, Genowefy Bijak, Marii Gomółki, Julianny Kozerskiej, Jolanty Gierek, Zofii Grabacz, Jadwigi Sąsiek, i Jadwigi Kuci – zadał im obrażenia głowy narzędziem twardym, przy czym jedynie w odniesieniu do Ireny Szymańskiej, Eleonory Gąsiorowskiej, Zofii Wiśniewskiej, Stanisławy Samul, Julianny Kozierskiej nie okazały się śmiertelne, podczas gdy pozostałe pokrzywdzone zmarły wskutek odniesionych ran […]

odmówił podpisu bez podania przyczyny

Marchwicki Z.

L. Polański

11.8.1972

wiceprokurator

Marchwicki odmawia podpisania dokumentu. W protokole przesłuchania znajduje się jego oświadczenie.

Nie przyznaję się do treści przedstawionego mi zarzutu ogłoszonego w postanowieniu z dnia 14 lutego 1972 r., które to postanowienie jest uzupełnieniem […] których faktycznie nie dokonałem i z którymi nie mam absolutnie nic wspólnego. Oświadczam, że w życiu moim nie zabiłem żadnej kobiety jak również nie usiłowałem dokonać zabójstwa jakiejkolwiek kobiety. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego przedstawia mi się taki zarzut […] Pragnę wyjaśnić, że w ogóle nie znam nazwisk tych kobiet, które wymienione są w postanowieniu.

Na postanowieniu znajduje się podpis Marchwickiego. Co zaskakujące, z datą z sierpnia 1972 roku. W aktach brakuje informacji mogącej wyjaśnić, dlaczego podpisał dokument pół roku później. Wiadomo tylko, że po przedstawieniu nowych zarzutów Marchwickiego przywieziono do Komendy Głównej MO w Warszawie. Zakładano, że tam prędzej się przyzna, tymczasem wciąż twierdził, że jest niewinny. Pisze zażalenie do prokuratury, zarzuty uznaje za absurdalne. Twierdzi, że ma alibi, ale nie potrafi się wysłowić ani niczego wyjaśnić. Poprosił o przydzielenie adwokata z urzędu.

4 kwietnia 1972 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach oddala zażalenie. Sędziowie Wilczek, Ochman (!) i Majakowski uznają, że konieczne jest przedłużenie aresztu tymczasowego. Wiedzą, że w więzieniach ludzie miękną. Nie mylą się i tym razem Marchwicki zaczyna mówić. Tyle, że nie o sprawach, na których wyjaśnieniu zależy śledczym… (Semczuk)

Zanim Marchwicki przyzna się do ustalonej winy minie jeszcze trochę czasu.

Henryk Marchwicki

Henryk Marchwicki brat Zdzisława i Jana Marchwickich, był według redaktora Wielgolawskiego drobnym pijaczkiem, damskim bokserem, kieszonkowcem i współuczestnikiem ostatniego mordu. Dziennikarz nie oszczędził także Haliny Flak, siostry braci Marchwickich. Miała z całą świadomością przyjmować przedmioty zrabowane ofiarom: kolczyk, z którego próbowała zrobić sobie złoty ząb, obrączkę, a nawet kilogram mięsa wyciągnięty z torby konającej kobiety. Z tego mięsa Halina ponoć usmażyła dla brata kotlety…

Kiedy Henryk Marchwicki opisany jako zwykły alkoholik, a skutki głodu alkoholowego skutecznie wykorzystali Śledczy w trakcie przesłuchań (podając mu alkohol i uzyskując zamierzony efekt) to z Janem Marchwickim sprawa nie była taka prosta.

Jan Marchwicki

Tadeusz Wielgolawski o Janie pisał:

Osobnik, który czegokolwiek się dotknął, poczynało gnić. Człowiek, który w zgodzie z sumieniem dzielił swój czas na zabiegi wokół druku świątobliwych tekstów, wyuzdane orgie z innymi homoseksualistami, deprawowanie czternastoletniego chłopca, zresztą swego krewnego, i sumujących się w kwotę miliona złotych łapówek za protekcję, a jednocześnie przygotowującym z pedanterią zabójstwo kobiety, która śmiała zagrażać praktykom „wszechwładnego Jana”. Potem zaś zwalający całą winę na współoskarżonych.

Jan Marchwicki brat Wampira to barwna postać. Obnażał kulisy ówczesnych układów. Niewygodny dla wymiaru sprawiedliwości. Po aresztowaniu i zatrzymaniu na 48 godzin w Komendzie Miejskiej MO w Sosnowcu, rankiem 23 maja 1972 roku usłyszał 23 zarzuty. M.in. do nakłaniania Zdzisława Marchwickiego do zabójstwa Jadwigi Kuci oraz przyjęcia przedmiotów zrabowanych zamordowanym kobietom. Jan tylko się śmiał. Był trudnym przeciwnikiem dla oficerów śledczych. Doskonale rozumiał sytuację i biegle poruszał się w przepisach prawa. Mówił, co chciał i kiedy chciał. Sypał nazwiskami znanych osób, opowiadał o nadużyciach i korupcji. Mógł pogrążyć mnóstwo ludzi, którym musiał się wydawać większym zagrożeniem niż Wampir we własnej osobie. […]

Zdaniem Jana Marchwickiego morderstwa mogły być celową akcją Warszawy skierowaną przeciw Katowicom. Miał na myśli dygnitarzy partyjnych i Służbę Bezpieczeństwa. Opisywał przypadki pisania na niego donosów i rewizji w jego mieszkaniu, wykonywanych bez nakazu prokuratora. Gdy poskarżył się na to komendantowi miejskiemu, miał usłyszeć, że lepiej by zrobił, żeniąc się, wtedy ludzie dadzą mu spokój […]

W latach siedemdziesiątych skłonności homoseksualne działały na niekorzyść oskarżonego. Wykorzystano to także w przypadku Józefa Klimczaka, kochanka Jana. Już w trakcie trwania procesu kpił z niego sędzia Ochman. Nikogo to nie raziło. Proces rozpoczął się w 1974 roku, a niespełna rok wcześniej Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne skreśliło homoseksualizm z listy chorób. W krajach socjalistycznych odmienna orientacja seksualna wciąż była nazywana zboczeniem lub chorobą…

Jan Marchwicki jako jedyny spośród oskarżonych miał wyższe wykształcenie.(Wykładowca akademicki, Uniwersytet Śląski). Był oczytany i z wyjątkowa swobodą cytował literaturę, przywołując barwne, choć dla widowni często niezrozumiałe metafory. Publiczność (na sali sądowej) z niecierpliwością czekała na jego wystąpienia. Po krótkim wstępie Jan zazwyczaj przechodził do ataku, którego forma bliska była dzisiejszym programom typu talk show. Ale w tamtych czasach Marchwicki szokował. Bez wahania przełamywał każde tabu, zwłaszcza co do orientacji seksualnej.

3 marca 1975 roku świadek Henryk S., były student Wydziału Prawa na Uniwersytecie Śląskim, zeznaje na temat kontaktów z Janem Marchwickim. Twierdzi, że ten zaskoczył go przez częściową ekshibicję i chciał doprowadzić do stosunku. Świadkowi udało się jednak oswobodzić z pułapki do niczego nie doszło. Jan Marchwicki zapamiętał tę sytuację zgoła inaczej:

Ponieważ praca pisemna napisana przez Henryka S. […] nie była najlepsza, powiedziałem mu jasno, bo nie lubię robić ani z siebie, ani z kogoś barana, że umożliwię mu poprawę pracy pisemnej, ale ja też mam pewne warunki i jeżeli zrozumie mnie pod tym względem. Doszło wtedy do najbardziej normalnego stosunku homoseksualnego u mnie w sekretariacie, na dywanie w pokoju nr 2. Ja mogę określić i długość i grubość członka świadka, bo spotkałem się z takim po raz pierwszy…[…]

Sensacja goni sensację. Publiczność z zaciekawieniem wysłuchuje tych obyczajowych opowieści. Sędzia Ochman wyłącza jawność niektórych części rozpraw, gdy mają zeznawać partnerzy Jana. To jeszcze bardziej potęguje napięcie i podsyca plotki. Ale czytając protokoły utajnionych fragmentów, trudno oprzeć się wrażeniu, że nad świadkami zwyczajnie się znęcano. Nie sposób zgadnąć, czemu innemu miały służyć dociekania prokuratora Gurgula, gdy dopytywał, czy świadek wypluwał spermę podczas stosunków oralnych.

Jan Marchwicki nie protestuje, wydaje się nawet, że te dyskusje sprawiają mu przyjemność. Nie przepuszcza okazji, by ubarwić rozprawę wątkami obyczajowymi z uniwersyteckich korytarzy […] Z czasem jednak Jan Marchwicki za główny cel ataków obiera prokuratora Gurgula, która staje się dlań usposobieniem systemu, trybunałem dokonującym publicznej egzekucji. W przeciwieństwie do Zdzisława, Jan nie zamierza milczeć. Wykorzystuje całą wiedzę i intelekt, by wymierzać Gurgulowo razy.

Niewygodny Jan

Chciałem odpowiedzieć prokuratorowi, że od początku jestem świadom tego, co już stwierdziłem, że mam do czynienia z pospolitym oszustem, a nie prokuratorem Prokuratury Generalnej. Wiem, że jest oszustem, począwszy od procesu Gerharda. […] Z powodu fizjonomii nazywa go również zębatym Ukraińcem […]

W końcu sędzia Ochman nie wytrzymuje i zarządza karę 14 dni twardego łoża w osobnej celi na oddziale izolacyjnym. Była to jedna z najdotkliwszych kar, jaką dysponował sąd. O godzinie 22:00 więźnia układano na wznak na twardej drewnianej pryczy, po czym wkładano mu pod plecy kołek i przypinano pasami, by nie mógł się ruszyć aż do rana […] Ale nawet zapowiedź takiej kary niewiele daje […] Godzinę później następuje jeszcze jedna próba doprowadzenia go na ławę przysięgłych.

W czasie wprowadzania oskarżonego na salę oskarżony krzyczy: ja nie pójdę i koniec, ze smykiem nie chcę mieć nic wspólnego, ze smykiem [chodziło o prokuratora Gurgula] i alkoholikiem, bo takich nie sadza się za stół sędziowski.

Z powodu zeznań Jana Marchwickiego proces jest wyjątkowo niewygodny także dla duchowieństwa. Na sali wielokrotnie porusza się temat księży.

Kiedy mnie aresztowano, to nie Zdzisława Marchwickiego chciano zrobić „wampirem”, tylko księdza [tu pada imię i nazwisko oraz nazwa wsi w woj. śląskim], z którym się znałem i który miał według milicji, przepraszam za wyrażenie, dużego huja i parafianki do niego stały w kolejce.

Zwrócono oskarżonemu uwagę.

To jest to, co mówiła mi milicja, i ja nie chełpię się tymi sprawami, bo ludzie muszą wiedzieć i świadkowie też muszą wiedzieć za co rodzinę Marchwickich aresztowano, w jakim celu, a szczególnie Jana Marchwickiego, a wysoki sąd na to nie reaguje, bo sądowi jest to wygodne.

Zwrócono oskarżonemu uwagę.

Ja powtarzam jedynie to, co mi mówili w śledztwie, a wysoki sąd ma obowiązek tego wysłuchać […] Niestety, wysoki sąd nie wie, co należy do jego obowiązków. Wiadomo, że sąd w odpowiednim czasie będzie wiedział co zrobić, to, co mu każe Służba Bezpieczeństwa, która miała bezpośredni udział w morderstwach, a sąd dostanie za to awans do Sądu Najwyższego.

Kilku księży musiało stanąć przed sądem w charakterze świadków. Jeden z nich opowiada, że Jan Marchwicki proponuje mu zakup lamp samochodowych, które Zdzisław Flak (szwagier) ukradł z Fabryki Samochodów Małolitrażowych.

Jan Marchwicki: Chcę oświadczyć świadkowi, z jakiego tytułu świadek się tutaj znalazł. Jan Marchwicki nie został aresztowany z powodu rodziny, lecz rodzina została aresztowana z powodu Jana Marchwickiego, bo miał kontakty z duchowieństwem, którym chciano przypisać zabójstwo Jadwigi Kuci […] Ponownie zwrócono uwagę oskarżonemu, który nie reagując oświadcza:

Sprawa ta ma do rzeczy tyle, by ludzie wiedzieli, jak wygląda praworządność w Polsce Ludowej. Jeżeli chodzi o praworządność, to obecny tu ukrainiec Józef Gurgul…

Przewodniczący zwraca oskarżonemu uwagę, że zachowanie jego jest niewłaściwe, po czym oskarżony nie zwracając uwagi, podaje:

Mam powód do obrazy i mam kogo obrażać, chciał on wmówić, że lampy przekazywałem księdzu [tu pełne nazwisko], bo szukano wśród was homoseksualisty, który rzekomo Jadwigę Kucię kazał zabić, a jak nie homoseksualistę, to kogoś innego, kto ją „dmuchał”, począwszy od Kurii Krakowskiej i Częstochowskiej, bo ukrainiec przyjechał, by rozpętać tu najsilniejszy pożar w Polsce Ludowej, bo sfingował już proces Gerharda…

Przewodniczący odebrał oskarżonemu Janowi Marchwickiemu głos. Jan Marchwicki krzyczy jeszcze za świadkiem.

Niech świadek ostrzeże wszystkich z PAX-u przed magistrem [tu pełne nazwisko], bo współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa… […]

Jan Marchwicki: W chwili obecnej jestem przekonany, że każdy podejrzany jest na swój sposób  preparowany i wciągany w tą brudną robotę MO. Tak jak kiedyś były modne procesy fikcyjne i poszlakowe tak teraz przyszła era na tak zwane „procesy rodzinne”. Świadczy o tym sprawa kielecka. Jest to nowy styl tej samej reżyserskiej ręki, ale ręki bardzo nieodpowiedzialnej i niebezpiecznej dla społeczeństwa Polskiego jak i całego narodu. Mam prawo przypuszczać, że jest to dalsza destruktywna działalność wrogich czynników Polski Ludowej, a nawet w większym lub mniejszym stopniu mająca związek z syjonizmem, którego uboczne wpływy mają jeszcze coś do powiedzenia w naszym kraju.

Jan Marchwicki codziennie pisał kilka podobnych dokumentów. Do komitetu partii, do pierwszego sekretarza, do Prokuratury Generalnej, do biskupów. Już wtedy było wiadomo, że jego udział w publicznym procesie będzie co najmniej kłopotliwy. Milicja i prokuratura musiały dobrze się przygotować i znaleźć sposób, by nad nim zapanować.

7 listopada 1973 roku Jan Marchwicki został poddany badaniom w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu. Już na wstępie zaznaczył, że osobą badaną powinien być nie on, lecz prokurator Leszek Polański. Niestety, wiedza i elokwencja na niewiele się zdały w starciu z psychiatrami…” (Semczuk)

W tym miejscu warto byłoby przemyśleć położenie wspomnianego na początku wybitnego aktora Jerzego Nasierowskigo, który sądzony był w podobnych warunkach. Niepijący homoseksualista… Dla kogo mógł być niewygodny?

Jestem wielkim mordercą

„Następnego dnia dzienniki informują, że Zdzisław Marchwicki przyznał się do winy, i cytują kilka zdań z jego wypowiedzi. To nic, że są wyrwane z kontekstu i przytaczane niedokładnie.

[…] Zdzisław Marchwicki zwrócił się do sądu z prośbą o udzielenie mu głosu. Kiedy spełniono jego prośbę, oświadczył, że jest już zmęczony długim tokiem rozprawy i życzyłby sobie, aby została ona jak najszybciej zakończona, ponieważ jest przeświadczony, że i tak otrzyma to, na co zasłużył. Przewodniczący składu sędziowskiego – Władysław Ochman zapytał wówczas oskarżonego, co oznaczać mają te słowa, czy przyznanie się do winy. – No tak – stwierdził Zdzisław Marchwicki – przyznaję, że byłem mordercą, wielkim mordercą, zabiłem 20, a może 26 kobiet, bo wszystkich zdarzeń nie pamiętam.

Tymczasem pułkownik Jerzy Gruba wzywa do siebie podpułkownika Zygmunta Kalisza, naczelnika Wydziału Dochodzeniowo – Śledczego. Odtwarza mu nagranie z sali sądowej. Po wysłuchaniu słów Marchwickiego Kalisz mówi tylko jedno zdanie:

– Słuchaj, Jurek, nie byłem pewny, czy Zdzichu jest winien czy nie, ale tym „przyznaniem się” tyś mi udowodnił, że on nie jest Wampirem” (Przemysław Semczuk).

 

Sprawa Wampira z Zagłębia od początku nie była jasna. W jej trakcie w sidła milicji wpadło  paru innych „wampirów”.

Nie zmienia to faktu, że Zdzisław Marchwicki został stracony w lipcu 1975 roku razem ze swoim bratem Janem Marchwickim.

W marcu 1974 roku na konferencji przedstawiono, że wszystkie jego morderstwa miały podłoże seksualne. Prasa konsekwentnie podtrzymywała taką wersję. Tymczasem akta grupy operacyjnej „Anna”, przechowywane w Instytucie Pamięci Narodowej, pokazują inną historię śledztwa niż ta opisywana przez dziennikarzy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych… Ale to tylko krótki fragment tej zawiłej historii. Nie zdążyłam przedstawić wszystkich osób, miejsc i zdarzeń w tym żony Wampira, bohaterki paru reportaży, poszkodowanych przez całą sprawę dzieci i wielu innych nie mieszczących się w głowie faktów, dlatego odsyłam do źródła, książka jeszcze świeża, naprawdę warto:

Przemysław Semczuk: „Wampir z Zagłębia”, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2016.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: