2 godziny samotności

Piątek. Najpierw dwie papierówki ze straganu na śniadanie ale przed tym fryzjer i udana pogawędka. Później galeria zakupy; nowe szmaty i książki. Moment, przebłysk wolności, słońce na twarzy. Jeszcze jedzenie. Malinówki z Biedronki i chleb ze słonecznikiem. O! tania torba sportowa, mała – biorę. Jeszcze do domu pozabierać inne rzeczy, których nikt mi na bagna  nie przywiezie.

Pierwszy telefon… Muszę wracać. Minęły niespełna 2 godziny?  – „Tak, tak zaraz będę”. 20 minut później, drugi telefon… „- Tak, tak już wracam”. Już nie zdążę do domu. Trzeci telefon… Muszę zabrać dzieci, przeszkadzają. Zabieram. Zrozumiałam, że mogą zostać dłużej…? Przydałaby się jeszcze jedna godzina i wszystko bym już dopięła…

To, że nie karmię przez rurkę odsyła mnie na koniec kolejki.

K***a 14 lat bez 3 godzin.

Jelenie

DSCN5354.JPG

Wczoraj z lasu przegoniły nas jelenie. Poszliśmy na grzyby. Wcześniej widziałam mnóstwo muchomorów – pomyślałam, że jakieś jadalne też się przytrafią.

Janek się napalił – więc wyruszyliśmy rano. Ja w gumowcach Piotrka, on w gumofilcach do koszenia trawy. Wyglądaliśmy jak tubylcy z bagien chociaż, chód jakby mniej swobodny… Kiedy ścieżka osiągnęła największą głębokość błota usłyszeliśmy jakby szczekanie wielkiego psa, następnie jakby ryk drugiego. Włosy stanęły mi dęba, bo odległość była niewielka, zobaczyliśmy  jelenia między drzewami i przez moment wydawało się, że biegnie w naszym kierunku. Później dołączył się drugi –  wrzeszczał, ryczał, szczekał… hałas nie do wytrzymania. Janek wyciągnął komórkę: – Nagramy to. Wrzaski ucichły na moment by po chwili przekroczyć pułap bolącego brzucha. Janek zrobił duże oczy: – Spier****my! Biegną na nas!

Spier****nie zajęło nam chyba minutę, może dwie. Strach pomógł mi rytmiczniej przebierać nogami i i  wyciągać kalosze z błota szybciej niż wcześniej, dobrze, że żaden nie utknął w mokrej brei… Chwila biegu i olśnienie. Śmiech. –  No, nieeee, wracamy przecież to tylko rykowisko. Chodzi im tylko o samicę. – Cha, cha zupełnie jak w życiu, nic nam nie zrobią. NIC nam nie zrobią nie brzmiało przekonująco ale głupio było tak uciekać, więc zawróciliśmy i poszliśmy szukać grzybów. Głosy jeleni stopniowo ucichły. Spacer zajął nam ponad 2 godziny. Nie udało się sfotografować jeleni a nagranie nie oddaje grozy sytuacji zwłaszcza, że na końcu słychać beknięcie Janka – i właściwie nie wiadomo czy to jeszcze jeleń, czy już Janek. Za to widzieliśmy mnóstwo ptaków, kurki jak to określił jeden z wędkarzy. „- Kurki oswoiły się i wychodzą z trzciny po kukurydzę, masz pan aparat, chodź pan zrobisz zdjęcia…”

Spotkaliśmy też Stacha z bagien z dwoma psami i z wiaderkiem po farbie w dłoni, bo też na grzyby się wybrał. Dobry pomysł jak ktoś nie posiada koszyka – my mieliśmy reklamówkę w kieszeni. Niestety nie przydała się. Zero profesjonalizmu.

DSCN5359.JPG
Stach z bagien

– Stachu uważaj na jelenie.

– Sama se uważaj.

 

 

 

Księżycowa wyspa

Na Księżycowej wyspie było nam dane spędzić ostatnie dwa tygodnie. Pag – długa chorwacka wyspa ciągnie się wzdłuż wybrzeża Dalmacji, na morzu Adriatyckim. Charakterystyczny wygląd przetartych skał przypomina księżyc. Z Pagiem kojarzyła mi się sól morska – „Solana Pag” sprzedawana niemal w każdej sieciówce. Tutaj się ją otrzymuje.

DSCN4462.JPG

Ale nie samą sola człowiek żyje. Chociaż ta, wytwarzana jest naprawdę zdrowo, ekologicznie (to modniejsze słowo) i bez konserwantów jakby powiedział to Kasza.

W zasadzie jesteśmy tu dla upałów, niebieskiej wody, wina (niektórzy wolą Rakiję lub pieszczotliwie nazywaną przez Janka –  śliwowiczkę), ośmiorniczek, rybek, i świeżej oliwy kupowanej od chorwackiego  chłopa – leczy wszystko oprócz śmierci.

DSCN4099.JPG
Gaj oliwny na LUNie

Przywieźliśmy też nalewkę z fig – ale to już inna historia.

Podróżujemy samochodem. Trasa przez Czechy, Austrię i Słowenię zajmuje nam około 12 godzin. Nasze dzieciaki są przyzwyczajone do długich podróży, więc raczej nie mamy problemów. Zawsze jednak lepiej wyruszyć nocą, by dotrzeć do Chorwacji skoro świt, jeszcze przed upałami – omijając korki przy bramkach i „zawalone” miejsca postojowe. Lepiej nie zatrzymywać się w Austrii; drogo, płatne toalety i w ogóle zeszła na psy (powiedział Janek) ze swoimi wstrętnymi trawnikami przy domach, bezsensownymi światełkami – „Jak cyrk lub wesołe miasteczko – gorzej niż u Olka na Bagnach. Mozart przewraca się w grobie”. Brakuje tylko uśmiechniętych ślimaków z Biedronki, wiatraczków i krasnali ogrodowych.

Na wyspę można dostać się promem lub jak kto woli, okrężną drogą (niby taniej), wydłużając sobie podróż o około 100 km – ale pomijając denerwujące stanie w kolejce na prom.

Wybierając miejsca u gospodarzy, w zatoczkach przy samym morzu można zyskać najwięcej. Taras/balkon wysunięty nad wodę, prywatna plaża, klima, bidet, przestrzeń i wygodne łóżka. Z czym rzadko (oprócz drogich hoteli), spotykam w kraju. O zaletach pieczonej w ichnych piecach pizzy z oliwkami z gajów oliwnych nie wspomnę… Jest też jagnięcina, z której słyną – nie była nam dana.

Płukanka gardeł dzieciaków w codziennych zabawach w w zasolonych wodach Adriatyku procentuje brakiem kaszlu przez najbliższe pół roku.

DSCN1052.JPG

DSCN4213.JPG

DSCN4587

Perkoz z bagien

Myślałam, że jest tylko jeden. Pływał sobie po stawojeziorze zawsze w bezpiecznej odległości. Kiedy się zbliżałam nurkował  po to by pojawić się na drugim brzegu. Spryciarz. Nie dawał się sfotografować. W sobotę rano widziałam jak łowi ryby. Gapiliśmy się na niego jak wryci wraz z czwórką wędkarzy. Zrobił małe show. Po złowieniu wyrzucał w powietrze machającą ogonem płotkę by łapać ją szeroko otwartym dziobem z wprawą pelikana. Jak cukierki podrzucane do góry i  łapane otwartymi ustami. Z tym że jego były o wiele większe. A szyjka taka chuda… Później znowu nurkował i następna ryba… A spławiki bez zmian. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Nie pierwszy już raz. Za to domyśliłam się gdzie ma gniazdo, bo z ostatnią rybką popędził chyba w jego stronę… Mistrz poławiania płotek okazał się świeżo upieczonym tatusiem…

DSCN5963.JPG

Ardea cinrea 

Ona krzyczy a on pędzi z rybką…

DSCN5831.JPG

Ardea cinrea

To Perkoz dwuczuby (Podiceps cristatus) – gatunek średniej wielkości wędrownego ptaka wodnego z rodziny perkozów (Stach jednak miał rację). Nurkuje nawet na głębokość około 30 metrów. W Wikipedii podano również, że jego głos to trąbienie „errrr”… lub w czasie godów „kek, kek”. Sprostuję, że jest bardzo głośny jednak jego dźwięki przypominają wrzaski małp. Drze się jak opętany. Ale jakoś nie kojarzę tego z trąbami. No, ale mi się wszystko inaczej kojarzy…

DSCN5853.JPG

Nie widać ale są trzy…

DSCN5856.JPG

DSCN5905.JPG

Zagłówek Fotela Samochodowego

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa

O Car Seat Headrest przeczytałam w jakiejś gazetce. Zespół wystąpił na najważniejszym (ponoć na świecie) festiwalu showcase’owym (czyli prezentującym nową muzykę nie tylko przed publicznością, ale także przed ważnymi osobami z branży) – teksaskiego South by
Southwest… Niejaki Bob Boilen odkrywa na takich imprezach swoje nowe perełki. Nowe – znaczy inne ale z naciskiem na świeżość.  Można posłuchać –  tu adres do stronki http://www.npr.org/sections/allsongs.

Idąc tym tropem znalazłam opisywany Car Seat Headrest ( Zagłówek Fotela Samochodowego). Nazwa jest konsekwencją nagrywania wokali przez Willa Toledo na tylnym siedzeniu samochodu, bo tam jak twierdzi, czuł się najswobodniej. Po takiej informacji zwykle zapala się u mnie czerwona lampka a raczej instynktowny entuzjazm, że znowu trafiłam na jakichś dziwolągów/moje perełki – a to w muzyce lubię najbardziej. Neurotypowi w tej kwestii zwykle nie mają wiele do zaoferowania. Ale zanim znajdę ich w sieci dowiaduję się jeszcze, że mają już na koncie 12 albumów wydanych na Bandcampie (internetowej platformie, na której promują się artyści bez kontraktu z wytwórnią). W maju wreszcie ukaże się ich debiutancki album – nagrany w studiu, wydany przez wytwórnię i promowany przez dział promocji – jak podkreśla autorka artykułu.

Mam co chciałam. Moment, w którym wokalista spogląda nieobecnym wzrokiem na pająki – bezcenny. Jak cały kawałek, odtworzony głosem znudzonego chłopca, który od niechcenia wydaje z siebie dźwięki od których nie mogę już uciec…

i na żywo

i album…

Kaczki i Staszek

DSCN0948.JPG

W sobotę wstałam wcześnie, wszyscy jeszcze spali więc chwyciłam aparat i biegiem na bagna. Okrążyłam jezioro robiąc jak zawsze mnóstwo niepotrzebnych zdjęć. Wracając spotkałam Staszka.

Staszek to legenda tutejszych okolic. Złota rączka. Buduje, naprawia, sprząta, stawia płoty i robi świetne stoły z drewna. I na tym kończą się jego zalety. Reszta cech nie budzi entuzjazmu: jak coś zacznie –  nie może skończyć, jak mu za wcześnie zapłacisz – to go nie zobaczysz przez pół roku, jak mu nie zapłacisz też ci może zniknąć na parę miesięcy, bo zwyczajnie pójdzie chlać. Jak zaczyna chlać to nie kończy roboty przez całe wakacje – do tego nawiedza cię niespodziewanie wymuszając kolejną wolną dyszkę. I straszna z niego maruda… i jest przeraźliwie uparty. Typowy wiejski filozof. Staszek to Staszek – nic nie zrobisz.

– Cześć, Staszek!

– A ty co!? Na przeszpiegi z tym aparatem, czy jaaaaaaaak?!

– Tak. Będę pisała donosy i dołączę twoje zdjęcie.

Popatrzył na mnie podejrzliwie spod jakiejś dziwacznej czapki i uśmiechnął się jednym zębem.

– Co robisz?

– Fotografuję ptaki.

– To są kaczki krzyżówki a raczej kaczory.

– Tyle to sama wiem.

– Kaczek nie ma na jeziorze siedzą na jajkach.

– Chodzi mi o te z czubkiem.

– Perkozy.

– Nieeee, te kolorowe…

– Perkozy, perkozy… Też siedzą na jajkach. Rozglądnął się nerwowo.

– A gdzie Janek?

– W domu –  śpi.

– Wy na stałe już?

– Nie tylko na weekend.

– Aaaa, znaczy tylko tak, na chwilę…

– Tak, na chwilę…

– No to idę dalej… muszę zrobić obchód… Cześć!

– Cześć.

Odwrócił się i ruszył przed siebie, a za nim jak zwykle jakiś pies przybłęda, czasami nawet dwa. Jeden na kanapkę jak mawia Janek…

Tymczasem – ja znalazłam kaczki na jajkach… i jakieś pływające nienazwane…

DSCN0949.JPG

Bagna

majówka2016 091

Gdy nadchodzi majówka lądujemy na bagnach

Jest tam moje stawojezioro, w którym jako dziecko uczyłam się pływać – tu nauczyłam pływać moje dzieci i koło się toczy. Ale to nie wszystko. Miejsce jest dzikie pomimo, że położone pomiędzy dwoma miastami. Jest malusieńkie jakby nie istniało. W lesie przy jeziorze otoczone bagnami. Oprócz kilku wtajemniczonych osób nikt o nim nie wie. A nawet jak wie, to rzadko przyjeżdża. Mieszkamy tu przez całe wakacje we wrześniu wracamy do blokowiska. W pobliżu mieszkają, bobry, sarny czaple, bociany i wiele innych zwierząt, których nie potrafię nazwać.

Jeśli mogłabym określić to miejsce jednym słowem byłaby to –  cisza. Mieszkańcy miast tak naprawdę nie wiedzą co znaczy to słowo. 

Janek kupił mi aparat ponieważ fotki ze smartfona nie oddają klimatu. Ja mam wciąż trudności z tym ustrojstwem. Chociaż wszystko jest automatycznie – Jak dla debili – twierdzi Janek. – Nawet opcja „ptak”. –  Ustawianie i tak mnie dobija. Nie potrafię myśleć kategoriami odległości i wielkości. Widzę tylko światło. Ale staram się.

majówka2016 013.JPG

majówka2016 060

Kurier

W spokojny jak nigdy wieczór brzdęknął zepsuty domofon.

– Kto tam?

– Kurier! Kurier już był mówię do Janka patrząc na jego głupawą minę.

Otwieram a tu Kasza.

– Cześć, jest Janek?

– Jest. Wchodź.

– Co robisz Sylwunia?

– Gary myję.

– Ja już swoje umyłem. Z działeczki wracam, kiełbaski i rybki wędziłem. Przyniosłem dla ciebie i bez konserwantów.

– Dziękuję. Przepraszam, że ci wtedy przez domofon powiedzałam s*******aj.

– Nie słyszałem, pijany byłem.

– No masz schowaj, kiełbasa i dorsz wędzony, miałem halibuta ale przyszedł kot i wp*******ł, zjadł znaczy. Teściowa je tak nauczyła. Złażą się i kradną.

– Akurat halibuta.

– Tak, kiełbasy ch*j nie preferował jak widać. Ani się obejrzałem a już łapy oblizywał. Nie miał kto go z procy poczęstować. A może z wrocławskiej przyszedł? (Znajomy ma ksywkę Kot – tam mieszka). Roześmiał się rubasznie.Cha, cha…

– Niemożliwe.

– Tak, niemożliwe Sylwunia, on już zjadł swojego psa. Che, che… Gdzie Janek?

– Sałatkę robi.

– Oooo. To pszepraszam.

Janek: Kasza, zamknij się w końcu albo siadasz albo…

– Janek, nie denerwuj się rybkę ci przyniosłem. Wyjdziesz ze mną na piwko?

Janek: – Jak zjem.

– Nie jedz biedaku i tak za gruby jesteś…

Janek: – Nie, nie mogę już go słuchać, muszę go wyprowadzić.

Na twarzy Kaszy pojawiła się uśmiech dziecka.

– To co, Sylwunia póścisz Janeczka?

– Tak, ale macie nie śmierdzieć fajami.

– Kochanie my na szachy idziemy. Jest taki kawał: przychodzi pijany mąż, a żona do niego: – gdzie byłeś? – Na szachach – to dlaczego śmierdzisz wódką? – A co, szachami mam…

– Sp*******ć oboje!

Dorsz był wyśmienity. Zadziwiające, że najlepsze rzeczy mamy za darmo. No, prawie za darmo. Na kiełbasę już się nie załapałam. Janek był pierwszy.

 

 

 

 

 

 

Dziwne

Że też nie wpadłam wcześniej na to proste słowo. Dziwne – i  oto chodzi

Rozmawiałam wczoraj z Piotrkiem. Potrzebne mi było słowo, tytułowe, takie żeby zamknęło w sobie wszystkie myśli, te – o które mi chodzi.

– O czym ty właściwie tam piszesz? Zapytał.

– O życiu… O tym jak je widzę, o wszystkim co lubię i o tym co zauważam czego inni nie dostrzegają. Mam w tytule LIFE – ale to za wiele, zbyt ogólnie. Muszę zawężać do niszowości.

Piotrek: –  Tak jak ja zawężam do niszowych gier i niszowej muzyki?

– Tak. Ale jednocześnie otwierając się na nowe i wyjątkowe, niezwykłe, obce, inne… Może być nawet z dreszczykiem, jak ta twoja gra…

Piotrek: – Five Nights at Freddy’s

– Właśnie.

Piotrek: – Strange. „LIFE is STRANGE”. Chyba w coś takiego grałem. Dobrze brzmi.

– Tak!  The Doors! „People are strange” i „Strange days”… Yes! Znowu mi pomogłeś. Włącza się synestezja słowa współbrzmią z muzyką i z barwą głosu czasem z kolorem i zapachem… Już zmieniam czołówkę.

Piotrek:-  Mam niezwykły umysł.

– Jak mogłabym zapomnieć…

 

 

 

 

 

Morrissey facet z kwiatkami w dupie

mor16

Mam wrażenie, że Morrissey jest inny

Steven Patrick Morrissey z pewnością jest inny. Obdarzony nieprzeciętnym głosem i czymś – czego w zasadzie nie da się określić – ale to coś przyciąga tłumy wielbicieli.

Wiele lat trwała debata na temat jego orientacji seksualnej. Sam artysta komplikował taką ją wysyłając sprzeczne komunikaty. Nazywał siebie „prorokiem czwartej płci”, „znudzonym zarówno mężczyznami, jak i kobietami”. Lubi prowokować.

Wokalista słynie z ciętego języka i wyrażania swoich poglądów na temat celebrytów i polityków. Od kilkunastu lat jest zdeklarowanym wegetarianinem, aktywnie walczy o prawa zwierząt w międzynarodowej organizacji PETA, która w 2005 roku uhonorowała go specjalną nagrodą, w podziękowaniu za udzielone jej długoletnie wsparcie.

Steven Patrick Morrissey ur. 22 maja 1959 roku w Manchesterze, brytyjski wokalista, lider i autor tekstów zespołu The Smiths.

Zespół odniósł wielki sukces, ale w roku 1987 rozpadł się, a Morrissey rozpoczął karierę solową, w czasie której dziesięciokrotnie trafił do Top Ten UK Singles Chart…

Jego pierwszy solowy album wszedł w 1988 roku na pierwsze miejsce UK Albums Chart. Powszechnie uważany za prekursora muzyki Indie. Magazyn „New Musical Express” uznał Morrisseya za jednego z najbardziej wpływowych artystów w historii…

Morrissey to wirtuoz smutku, przerysowanych gestów, modnych koszul, drażniących zachowań, bezczelnej wyniosłości z głosem, od którego dostaję gęsiej skórki. Na scenie jest królem.

W 2008 roku Rolling Stone umieścił Morrissey’a na liście Stu Najlepszych Wokalistów Wszech Czasów. Ten sam magazyn napisał o nim, że „jego wokal zdefiniował ostatnie 25 lat XX wieku w brytyjskiej muzyce rockowej”.

W 2014 roku media podały wiadomość o jego chorobie. W czasie koncertu we Włoszech Morrissey zasłabł na scenie. Jednak dopiero w wywiadzie z hiszpańską gazetą „EL Mundo” piosenkarz przyznał, że był hospitalizowany w związku z nowotworem. „Cztery razy wycinali mi już tkanki nowotworowe, ale co z tego” – powiedział w swoim stylu Morrissey. „- Jeśli umrę, to umrę. A jeśli nie, to nie. W tej chwili czuję się dobrze…”

Nie znalazłam więcej wzmianek o chorobie Morrisse’a. Znalazłam za to informacje o trasach koncertowych na 2016 rok – co mnie na razie uspokoiło. Czekam na koncert w Polsce. Nie mogę przegapić faceta z kwiatami w dupie.

 

Pogrzebu nie będzie

 

Gdy usłyszałam, że David Bowie nie życzył sobie ceremonii pogrzebowej, poczułam ulgę. To dobre. Zobaczyć miny tych, którzy nie nie mogą w niej uczestniczyć, bo jej po prostu nie ma.

Zamiast medialnej szopki związanej z ceremonią, z której jak widać zdawał sobie sprawę podarował nam na odchodne wyjątkową płytę. Ze swojej choroby, też nie uczynił promocji BlackStar – chociaż to byłoby wielkie marketingowe bum. Odszedł bez zawracania innym głowy.

Mimo wszystko to zaskakujące, stwierdzenie, że pogrzebu nie będzie dla ludzi żyjących w kraju kultu grobów, cmentarzy i pomników. Gdzie raz w tygodniu idzie się na cmentarz z zestawem do polerowania i jak to pisała Chutnik , zawiesza się torebkę na sąsiednim krzyżu by zacząć sprzątać „przy grobie”, później należy położyć wieniec lub ozdoby zgodnie z aktualnym świętem i zapalić znicz w kształcie zatroskanego Jezusa. Ale trzeba uważać, żeby wosk nie nakapał na pomnik, ( bo wtedy jest problem) dlatego lepiej kupić wieczne światełko na bateryjkę, które tli się niemrawo, symbolizujące pamiętanie o najbliższych. I koniecznie trzeba dać na mszę, ale to wiadomo.

Magazynier

Zaskakująco luźne podejście do kwestii pogrzebowego ceremoniału mają Czesi.  W Czechach 80% zmarłych poddawanych jest kremacji a jedynie 20% ma pogrzeb tradycyjny. W większości przypadków pogrzebu po prostu nie ma. Ale to nie wszystko. Po kremacji większość urn nie jest odbieranych przez rodzinę. Nikt też nie robi z tego większego problemu ponieważ, jak twierdzą, wynika to z ich kultury. Artur Zakrzewski przedstawił to w swoim reportażu pt. „Czeski pogrzeb”. Jest tam scena, w której magazynier – chodzi o osobę zajmującą się urnami, raz na jakiś czas pozbywa się nadmiaru puszek z prochami. Wtedy wraz z pracownikami, pakuje je do czarnych worków i wywozi na „cmentarz”. Tam wrzucają je do wielkiej krypty przypominającej składowisko śmieci. „Magazynier” – młody mężczyzna ma dystans do swojej pracy, więc przy „remanencie” naśmiewa się ze śmiesznych nazwisk widniejących na niechcianych puszkach. Jest ubaw.

Szczęśliwe urny

Szczęśliwe urny przy których jednak odprawiono ceremoniał, też nie mają łatwego życia. Lądują na półkach za szybkami tzw. królikarni. A tam, kwadratowe kwaterki w betonowej ścianie. Za szklane drzwiczki jak do miniaturowego akwarium, bliscy wkładają  różne wspominki; wesołe zdjęcia np. dziadek z nalewką przy stole, wujek w objęciach z psem, przedmioty, zabawki, –  a przy nich tli się elektryczna lampka ledowa imitująca świeczkę.

Natomiast urny, które nie dostąpiły ceremoniału Czesi zabierają do domu. Niektóre stoją przy komputerach inne w kredensie między kryształami, jeszcze inne w meblościance z narzuconą policyjną czapką, bo ojciec był policjantem.

To emocjonalny faszyzm,  żałobę trzeba przeżyć! – Piszą internauci.

W „Reportażu z antypodów Mariusza Szczygła widnieje zdjęcie żony znanego czeskiego psychiatry i seksuologa Mirislava Pizaka z urną w domu. Kobieta powiedziała w jednym z wywiadów: „że, jeszcze nie wie, kiedy urnę pochowa. Na razie kupuje mu róże do wazonu i puszcza ulubioną piosenkę. Pokazała gazecie kartkę, na której jej mąż już dwa lata przed śmiercią napisał, że nie życzy sobie żadnej formy pogrzebu. Ujawniła ten zapis, żeby nikt nie posądził jej o to, że żałuje pieniędzy na pogrzeb. Mąż był bardzo znany, przez sześć dni odbierała kondolencje i było to ponad jej siły, więc za decyzję o zaniechaniu pogrzebu jest mu wdzięczna. Gazeta spotkała innego znanego seksuologa o sposób pochówku jaki by sobie życzył i ten także oznajmił, że nie chce żadnego pogrzebu” (mariuszszczygieł.com.pl).

Ludzie od zamierzchłych czasów urządzali pogrzeby, które wyglądały mniej lub bardziej efektownie. Każda kultura odbijała w niej swój własny światopogląd na temat śmierci. Pomagała przejść na drugą stronę. Ale co zrobić z tymi, którzy nie wyrobili sobie żadnego poglądu na temat śmierci, dla nich to po prostu koniec i nie wierzą w drugą stronę. Czy muszą być poddawani masowej nekropolizacji. Czy muszą udawać nawet po śmierci?

A może to wyraz szacunku dla naszego wolnego czasu i dla nas samych. Czasu, który zamiast spędzać na pogrzebie w sztucznej atmosferze przeznaczymy na wspominanie. A jeśli kogoś nie znaliśmy lub nie lubiliśmy – zwolnieni jesteśmy z tej całej szopki i nie musimy bić się z myślami, ani czegokolwiek udawać.

Taka ostatnia przysługa.

 

 

 

Zacząć inaczej

333232_1
Dziewczyna z szafy

Tak, trzeba zacząć coś inaczej. Jest pierwszy dzień 2016 roku. Zaczynam pisać pierwszy post na nowym blogu i pisze mi się całkiem miło. Lubię zaczynać coś nowego ale nie będę katować się postanowieniami noworocznymi w stylu schudnę i zacznę oszczędzać. Bo nie zacznę.

 

Nie będzie moralizatorsko, ani naukowo, ani kretyńsko – no może czasami. Nie będzie politycznie – no chyba, że mnie rzeczywistość przytłoczy. Nie będę wtłaczać swoich racji – chociaż nie raz ręka się zamachnie jak u prezesa i wtedy trzeba się przymknąć – ale to wiadomo.

Będzie miło, wesoło i ciekawie. Głupio gdy przyjdzie głupi. Mądrze gdy przyjdzie mądry. Zdrowo – gdy przyjdzie zdrowy. Trzeźwo… Będzie na bogato – gdy przyjdzie sponsor i smutno gdy będę smutna. Jedno jest pewne i  – nie będzie nudno.